Chełmskie Boże Narodzenie


Zakołysała się Góra, zawiało śniegiem bieluśkim, gwiazdoszczerym, wieże świątyni wrastały w wypatrzone oczy, wiekowymi jesionami podparte.
Wszystkie uliczki, ścieżki, bramy i kamienne schody od ulicy Lubelskiej, jak by się zgięły zapraszając w świat dzieciństwa – spełnionego w barokowym Chełmie, gdzieś około roku 1929.

Irena Mroczkowska – miała wtedy już 10 lat. Poza faktem z metryki urodzenia – gdzie wpisano Rżew w głębi Rosji, od 3 miesiąca życia, wszystko co zesłał los, wybarwiło się tutaj – wokół historycznej Góry, ulicy Kolejowej i Starościńskiej.
Ojca swojego Tomasza, nie znała. Zmarł w jej niemowlęctwie w wojskowym szpitalu w Chełmie na tyfus. Miał 33 lata. Mama Maria dożyła 89 lat. Była też w domu przezacna babcia Michalina Sienicka i rodzeństwo Miecio, Janka i Tadzio.

Adwentowe wieczory w domu Irci – to czas przygotowań i dziecinnej pracy. Trzeba było wystroić choinkę w pajacyki ze słomy, wisiorki z kolorowego glancowanego papieru. Na wydmuszkach wymalować oczka Mikołajom. Powiązać niteczkami długie srebrne i złote łańcuszki. Nadto dużo Aniołków z ślicznymi główkami z żydowskiego sklepu.
Po świerk z Tadziem zwykle jeździli saneczkami. Targ choinkowy był zwykle przy ulicy Lwowskiej. Można było tutaj nie tylko kupić drzewko – ale nabyć się w tym świętym lesie, który wyrastał na cały tydzień w środku miasta. Cały szpaler choinkowych drzew, stał wzdłuż ulicy aż do placu przy kościele Rozesłania Apostołów. Niekiedy i plac kościelny lesił się. Tu wybierano choinki do mieszczańskich salonów, dworów i świątyń. Były ogromne.
Podobnież było z śledziami ... ano leciało się do rynku przy ulicy Jadkowej u znajomego żyda Rozembała (zaufanego kupca) na weksel brało się śledzie smalcówki, na marnatę i smażenie. Były smaczne i tłuste. W dwa dni wcześniej, postukiwał moździerz. Tłukło się pieprz do mięsa, skórki z cytryn i pomarańczy, migdały do maku – ach ! Dom rodzinny zamieniał się w baśń pełną zapachów, dobroci, szczęścia (mimo sieroctwa całej czwórki). Ze sklepu Kolonijalnego – mama kupowała mąkę na chleb rafkowy, jasny. Pachniało z domy gdy się wypiekał aż na ulice.

Wigilia. Na pośnik szykowano u Mroczkowskich od rana.
Musiało być 12 potraw, koniecznie! Inaczej rok przyszły był by pełen niepowodzeń. Przeliczało się wszystko siedem razy, żeby tylko pełnię liczb uzbierać.
Taki wilijny stół : śledzik (bo to król morza) najważniejszy, smażony w mące i w ostrej marnacie. Karp, płocie w dużym półmisku. Czerwony barszcz z uszkami, z grzybów gotowane kartofle z wody, okraszone rzepakowym olejem, kapusta z olejem i grzybami, gotowane pierogi z kapustą, kluski z makiem, chleb, racuszki postne, kisiel z żurawin i kompot z suszu. Na dosłodzenie – strucla z makiem i śliwkową marmoladą. Najważniejsze dzieciom – to aromatyczna kolonijalna herbata. Oczywiście, świąteczna zastawa z różowego szkła z dubeczniańskiej huty, biała porcelana, siano pod obrusem a na talerzu, na mereżkowanej serwetce – opłatek.
Gdy tylko zapaliła się pierwsza gwiazdka, pędziliśmy z podwórka, krzycząc – jest! jest! Boża gwiazdka !
Z czerwonymi policzkami, stawaliśmy wokół stołu wszyscy. Najpierw pacierz. Mama łamiąc opłatek, składała każdemu z nas życzenia – odpowiadało się – wszystkiego najlepszego ! całując mamę i babcię w rękę. Było już elektryczne oświetlenie – dom w jasności. Choinka przybita z krzyżakiem do podłogi i z osiemnaście kolorowych świeczek w ślicznych lichtarzykach. Lśniły szklane bombki, anielskie włosy i Anioły, które w dzieciństwie (wydawało się) Irci, że fruwają po choince. Po dniu suchego postu, pośnik był urokliwy. Wszystkiego trzeba było kosztować, ale nie obżerać się, bo to zła wróżba – łakomstwo w życiu.

Bóg się rodzi, moc truchleje ...
Intonowali starsi bracia męskimi już głosami. Siedziała na krześle jak trusia – dobrze pamięta swoją uroczystą, plisowaną spódniczkę granatową oraz biała jak śnieg bluzkę z surowego jedwabiu. Ścięta krótko z grzywką (tak było najgodniej). Mama jak królowa domu (wówczas pracownica fizyczna w Szkole Powszechnej im. Królowej Jadwigi) w liliowej bluzce z wełny, czarnej długiej spódnicy – skupiona, dobra. Zawsze w ich domu przed starutkim obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej – paliła się lampka oliwna. W pośnik zdawało jej się, że gore ogniem z nieba, tak jaśniało w kątku. Później braci zapalali bengalskie ognie (zimne ognie). To był już zupełny czar wieczoru. Przy stole cały wieczór kolędowano nabożnie. Mama wspominała ojca, poniewierkę w Rosji – Chełm był gniazdem obu rodzin. Bóg poszczęścił, wrócili. Kiedy Irenka była już w Szkole Ćwiczeń – pamięta wszystko.

Pasterka. Ulica Kolejowa oświetlona latarniami. Ich zakątek był polski – pamięta wszystkich: Fryliszków, Baranów, Korchutów, Stasiaków. Dziewczęta i chłopców z polskich domów. Jacy to byli dobrzy ludzie. Na Pasterkę szło się grandą. Przez mgłę pamięta jeszcze Jezuitów. Głównie – później, księdza Juliana Jakubiaka i młodego Marcelego Mrozka. Ulicą Szkolną i Św. Mikołaja, szło się z sercem na wierzchu. Wełniane paltko z karakułą, sznurowane kamaszki, pończochy jedwabne w prążki i koniecznie beret granatowy. Po drodze mijali Kolędników kręcących się uliczkami lub schodzących na Górkę.
Raduj się – oj raduj się ziemio
Syn Boży narodził się... (wyśpiewywali)
Przy katedrze – rwetest ! Pełno zaprzęgów z końmi, kute płozy sań aż lśniły, odzywały się janczary i dzwonki – bo bryczne konie nie ustoją spokojnie. Pokrzykiwali forysie. Słyszało się, że to jaśniepaństwo z pałacu z Serebryszcza, ktoś z bogatych Strupinian, ktoś z pod Borku...
Mieszczuchów podwoziły też miejskie zaprzęgi sańmi. Powyścielane białymi wełniakami lub kilimkami buczackimi. Witano się przed katedrą z kumotrami, powinowatymi, pozdrawiano i słano ukłony wilijne, że takiej życzliwości na codzięń nikt nie uświadczy. Dzwoneczki od sań, odzywały się poza carskim murem – czasami powiało śniegiem lub furman krzyknął do koni. Stukały zelowane buty i modne oficerki o progi katedry, płybeło morze ludzi zewsząd do półciemnej świątyni. Gdy huknęła kolęda Wśród nocnej ciszy – zaczynały się zapalać światła .

Pojaśniało. W katedrze na Pasterce grała dęta, kolejowa orkiestra. O to stary, chełmski zwyczaj! Huknęła kolęda to aż za serce ściskało. Szopka była zwykle od wschodu, po lewej stronie a tam ścisk – adoracja żłóbka. A dzieci pierwsze – najciekawsze. Katedra nocą tak jasna aż kołysała się z kolędującym tłumem. Było mroźno. Pamięta, jak paniusie nosiły modne kapelusze zwane Piotrusiami z okrągły rondem a młode panienki kapelusiki angielskie z rondem spuszczonym w różnych kolorach. Włościanie w kożuchach z czarnym obszyciem i prześliczne chusty szalinówki na głowach – wprost kwitnący, rajski ogród. Stała honorowo Sodalicja Mariańska – żeńska i męska, harcerze, rzemieślnicy i magistrat, i co ważniejsi obywatele, persony z miasta i dworów. Ale zawsze jej przypominał się pusty talerz ze stołu i brak ojca. Oto czym jest sieroctwo.
A po Pasterce był zwyczaj chełmski, długiego składania życzeń krewnym, znajomym, koleżeństwu, sąsiadom. Aż huczało na Górce – konie parskały, Kolędnicy z gwiazdami kolędowali.
Stała na się nowina miła
Panna Maryja Syna powiła...
A pod dzwonnicą za wiatrem aż dudniło kolędą:
Przylecieli, przylecieli prześliczni Anieli
Złote skrzydła, złote skrzydła a sami u bieli...

A pod carskim budynkiem /dzisiaj Szkołą Muzyczną/ stała kawalerka i idących w stronę miasta pozdrawiała znana kolędą Zagrzmiała, runęła w Betlejem ziemia, nie było, nie było Józefa w doma..../ jakby dziś słyszy a pamięci tamte radosne kolędowania, młoda Ircia.
Ach co za noc z dzieciństwa – co za radość! Nie chciało się wracać do domu. Miasto nie spało. Nawet Żydzi – wzruszeni wychodzili na ulice.
Po drodze – kolędowanie i we zwyczaju, trzeba było dostać kilkoma śnieżkami, od chłopaków w plecy – to na powodzenie! Jeszcze przed domem pastusze kolędy było słychać – czuło się ponownie głód, tak pachniało rybą.
A za pastuszkami kolęda bieży – tupu tupu tupu tup !
A tam w Betlejemie, Dzieciątko leży!

Na zdrowie! Na szczęście! Z Bożym Narodzeniem ! Na Święte wieczory i szczodry rok – wszystkim Wam wszystkiego dobrego ....
Drodzy Kresowianie na Pomorzu i w świecie …
Na staropolską Kolędę, ani na Pasterkę do Rymacz - już nie dane nam pójść ,śladami naszych Przodków – ale stamtąd Gwiazda gore i nasze serca wędrują do dziadkowych progów wokół Lubomla na Wołyniu rozsianych .
Pozdrawiam WAS ze świętą kolędą !
Łamiąc opłatek i smakując kutii – zgromadźmy się WSZYSCY wokół Bożego Dzieciątka i naszej serdecznej - wzajemnej pamięci..
Dzielmy się Kolędą!
Dzielmy się tym chlebem anielskim,
Żebyśmy się spotkali w Królestwie Niebieskim
Wołynianie i Potomkowie - tam , gdzie los Was posłał i dzisiaj żyjecie rozproszeni – ogarnijcie pamięcią WSZYSTKICH , których trzeba pamiętać bliskich, krewnych, wołyńskich sąsiadów i w betlejemskim kręgu pokłońcie się wzajemnie.
Na Gody , Święte Wieczory i Nowy Rok 2012
- niech WAM soli , ani chleba i wszystkiego , czego trzeba – nie zabraknie! Daj Boże, daj!!!

Z wołyńskim pozdrowieniem

Krzysztof Kołtun