Rozmowa z Tomaszem Strzelczykiem, mieszkańcem Gleźnówka, uczestnikiem i finalistą programu Masterchef, emitowanego na kanale TVN


Beata Krzyżanowska: Skąd pasja do gotowania?

Tomasz Strzelczyk: Już jako dziecko bardzo lubiłem przygotowywać coś do przekąszenia. Dobrze odnajdywałem się w kuchni. Spośród licznego rodzeństwa, to moje specjały znajdowały uznanie. Gotowanie towarzyszy mi już od dziecka.

B. K. Czyj to był pomysł, aby wysłać zgłoszenie do programu?

T. S. To nastąpiło spontanicznie i jakby przypadkiem. Znalazłem się tam dzięki mojej żonie i jej koleżance. One często próbowały mioch "wynalazków" kulinarnych i namówiły mnie, abym wysłał zgłoszenie.

B. K. Jak wyglądała droga przez poszczególne etapy?

T.S. Po wysłaniu zgłoszenia dostałem zaproszenie na casting do Gdyni z daniem własnego pomysłu. Były to małże św. Jakuba (przegrzebki). Posmakowało i dostałem zaproszenie na casting do Krakowa. Trzeba było przywieźć ze sobą produkty i wykonać danie na planie. Była to kaczka z ziemniakami w karmelu. Moja potrawa znalazła uznanie u jurorów i dostałem biały fartuch, co oznaczało, że jestem dalej w programie.

B. K. A co oznacza czarny fartuch?

T. S. To stan zagrożenia, czyli można się pożegnać z programem.

B. K. Co było po Krakowie?

T. S. Obóz przetrwania na zamku w Niepołomicach. Po dwóch dniach zmagań sposród 40 osób mogło pozostać tylko 14. Konkurencje były, wydawać by się mogło, bananlne, ale jak się okazało, sporo osób na nich poległo. Pierwszym zadaniem było pokrojenie składników na sałatkę. Warzywa musiały być idealnie równe. To zadanie prawidłowo wykonała tylko jedna osoba. Druga konkurencja, to skrobanie ryb – 10 okoni w 10 minut. Nie mogło być ani jednej łuski. Zaciąłem 2 palce, oskrobałem 4 ryby, ale poszedłem w jakość i faruch uratowałem. Co będzie dalej? Zobaczymy. Konkurenci są bardzo twardzi. W dalszych odcinkach będą nas oceniać jurorzy z Australii.

B. K. Małże, kaczka w karmelu i inne wyszukane potrawy nie są typowe dla naszej kuchni. Skąd pan wie czym i jak je przyprawić?

T. S. Wiedzę czerpałem z programów kulinarnych, ale najlepszym doradcą jest intuicja, smak i eksperymentowanie. Lubie łączyć smaki, np. ryby i cytrusy. Nie zwasze wychodzi za pierwszym razem, ale wtedy jest się o ten jeden raz mądrzejszym i próbuje się od nowa.

B. K. Jaka jest pana ulubiona potrawa?

T. S. Łosoś smażony na maśle. Bardzo prosta i pyszna. Generalnie uwielbiam swieże ryby i staram się je często przygotowywać.

B. K. Kto gotuje w domu?

T. S. Ja. Żona gotuje sporadycznie, a to dlatego, że pracuje jako szef kuchni w restauracji, więc uważam, że po pracy należy jej się odpoczynek. Ja lubię gotować, więc nie stanowi to dla mnie żadnego problemu.

B. K. Czy w związku z udziałem w programie wiąże pan jakieś plany?

T. S. Tak, zdecydowanie. Chciałbym mój udział dobrze wykorzystać. Mam 2 opcje: powrót do kraju i otwarcie własnej restauracji lub ewentualnie praca jako szef kuchni w renomowanej resatauracji.

B. K. Jaka była najdziwniejsza i nietypowa konkurencja, która zapadła panu w pamięci?

T. S. No cóż. Postawili przed nami puszki bez etykiet i z tego należało przygotować danie. To była jedna wielka wpadka i wszyscy polegli. Okazało się, że były to gotowe dania i wystarczyło je odpowiednio zestawić. A już pod żadnym pozorem nie należało tego gotować, czy smażyć. Wszystko się rozlatywało. Totalna porażka :)

B. K. Czy coś jeszcze z programu będzie pan długo wspominał?

T. S. Owszem, przygodę na lotnisku. Polecieliśmy z Krakowa do Warszawy. Zaprowadzili nas do hangaru i tu mieliśmy przygotować japońskie bento – składankę kilku potraw. Miejsce tyleż dziwne, co nietypowe. Ale cała niespodzianka dopiero była przed nami. Otóż serwowanie i degustacja naszych dań odbyła się w terminalu, a oceniali nas pracownicy japońskiej ambasady.

B. K. Jaka jest atmosfera wśród uczestników programu?

T. S. W trakcie konkurencji jest ostro. Każdy może liczyć wyłącznie na siebie. Nikt nikomu nie pomoże, bo każdy walczy o swoje. Cały pobyt jest rywalizacją. Nawet podczas prywatnych spotkań oceniamy się wzajemnie. Taka jest formuła programu i to się udziela wszystkim. Ale ludzie są sympatyczni.

B. K. Jak spisały się dzieci podczas dzisiejszych zmagań w świetlicowym Masterchef Junior?

T. S. Super. Widać, że wkładały serce w to, co robiły. Składniki ładnie pokrojone, a smaki przeróżne – od delikatnych po bardzo wyraziste. Niby to samo danie - sałatka jarzynowa, ale każda inna i każda równie dobra. No i cieszy to, że była tu liczna grupa chłopców, bo jak wiadomo, to mężczyźni są lepszymi kucharzami :)

B. K. Bardzo dziękujemy panu za przyjęcie zaproszenia i za to, że znalazł pan czas dla nas. Życzymy spełnienia wszystkich marzeń i dążeń – i tych kulinarnych i tych pozostałych. Trzymamy kciuki, powodzenia!

T. S. Było mi bardzo miło. Dziękuję.